|
Zabawki
Automatyczny ołówek – przedmiot pochodzący z czechosłowackiej firmy KOOH-I-NOOR. Po wykręceniu mechanizmu z
obudowy, otrzymywało się niezbędną w szkole „splówkę”. W przycisku ołówka
schowana była temperówka. Najbardziej popularny kolor obudowy to
brudno-żółty. Wkładami były wyjęte z ołówków lub kredek
grafity.
Bajki - (kino domowe)kupowane w
rolkach przeźrocza z bajkami, do wyświetlania za pomocą specjalnego rzutnika,
zwanego"projektorem" firmy Diapol. Bajki sprzedawane były w kioskach
"RUCH-u" oraz w "Piotrusiu" w małych plastykowych pudełeczkach. Na wieczku była
etykietka z tytułem bajki. Do wyświetlania bajek służył projektor z systemem
przesuwu filmu, który po rozgrzaniu żarówki zaczynał wydzielać charakterystyczny swąd.
Zbyt długie oglądanie groziło wypaleniem w kliszy dziury. Niedługo
po rolkach pojawiły się tzw. slajdy, czyli pocięte
i oprawione w ramki klatki filmu.
Bilard - super gra wielopoziomowa. Wyrzutnia kulki, dzwonek i kilkanaście
gwoździ...

Góralski
piórnik

Haclówa – rodzaj broni zaczepnej,
wykonywany w dwu wersjach; wersja ciężka – rączka wygięta (w kształcie
kamertonu) z grubego drutu, najlepiej izolowanego, guma modelarska (kauczukowa)
o przekroju kwadratowym. Pociski z wygiętych szpilek lub drutu ze spinaczy. Wersja lekka –
wysnuwało się pojedynczą gumkę z gumy do majtek i mocowało ją bezpośrednie do
palców ( kciuk i wskazujący). Hacel wykonywało się ze zrolowanego papieru. Można
było w ten sposób rozsyłać po klasie korespondencję lub w czasie klasówki błagać
o pomoc „kujona”. W ostateczności zawsze w kieszeni znalazła się jakaś wygięta
szpilka...
Jajka - sikawki –
podstawowa oręż na okres wielkanocny i lany poniedziałek, do czasu pojawienia się „Ludwika”.
Kalkomanie
Kapiszony – małe papierowe konfetti lub taśmy podobne do serpentyny, z wklejonym maciupkim ładunkiem hukowym. Kapiszony były
amunicją do specjalnych metalowych... pistoletów. Miały złą opinie z
racji na mizerny huk, i spory odsetek niewypałów. Stosowane również do
strzelania ze śrub. W nakrętkę spajającą dwie śruby wkładało się kilka
kapiszonów lub zdrapanej siarki z zapałek, lekko dokręcało i mocno rzucało się o chodnik.
Takiego sprzętu, o różnym kalibrze nosiło
się przy sobie kilka sztuk.
Korkowiec
- mały, metalowy kolt z miejscem na tzw. korek -
z mieszaniną wybuchową - oraz spustem, który
zgniatał korek. Korek głośno eksplodował.

Laleczki
z plastiku - prototyp Barbi - podstawą była
wytłoczka z tworzywa sztucznego w kształcie przypominająca
laleczkę. Ubranko było przymocowane, przyklejone
do lalki na stałe. To był model standard. Wyższej
klasy lalki można było przebierać...

Małe żołnierzyki - zestawy plastikowych żołnierzyków produkcji RFN oraz firmy
Matchbox. Sprzedawane w pudełkach
po kilkadziesiąt sztuk. Z trzech podstawowych zestawów najbardziej popularny był
"Africa Corps "
Samoloty z
papieru - swoista polska odmiana sztuki Origami.
Samoloty były składane z najróżniejszego
materiału papierowego, najlepsze ... i największe
wykonywane były z gazet i czasopism. Taki samolot
musiał być przetestowany... oczywiście z możliwie
najwyższego punktu... górki, II piętra szkoły...
najwyższego piętra bloków. Zobacz jak składane
były samoloty.

[uruchom
pokaz]
Plastelina -
sprzedawana w kartonowych pudełkach po 6 wałeczków, służyła głównie jako
amunicja do "splówek". Występowała w charakterystycznych, brudnych
kolorach, była tłusta i śmierdziała.
Pistolet "precyzja" -
pistolet blaszany z wytłoczonym napisem "precyzja". Podstawowy oręż
dla Janka Kosa lub kpt. Żbika. Podczas strzału wydawał bardzo charakterystyczne
"pryknięcie". Bardzo często przy złej eksploatacji rozpadał się na
dwie części. Broń masowa z racji obecności w każdym papierniku i sklepie z
zabawkami. Broń o niskiej wartości szpanerskiej. Znany byłteż pistolet
"Design" wzorowany na Klossowej "parabelce" oraz kolty a
la western.

Temperówka z żyletką – rodzaj temperówki do ostrzenia ołówków. Dwie
ebonitowe, wycięte w kształcie gitary części połączone
nitami, pomiędzy które wsuwało się żyletkę
POLSILVER. Ciekawe co by się działo
gdyby dziś wprowadzić do szkól takie żylety?
Tiki-tiki -
dwie kulki umocowane na sznurkach. Wariacka zabawka do obtłukiwania własnych
dłoni. Zabawa polegała na rytmicznym rozhuśtaniu kulek, tak żeby obijały się o
siebie (góra-dół) i wydawały głośny klekot. Po wejściu w trans można było tak
walić aż do osłabnięcia dłoni, co kończyło się bolesnym obiciem nadgarstka.
Kulki wykonane były z jakiegoś ciężkiego i twardego tworzywa. Było też takie
powiedzonko: "Szczyt techniki? -zrobić z jajec tiki -tiki".
Tytus, Romek
i Atomek - na komiksie Papcia Chmiela wychowały
się całe tabuny młodzieży. A takie powiedzonka
jak "Co się gapisz jakby ci szajba odbiła..."
wiele innych, krążyły z ust do ust po
szkolnych korytarzach.
Wentylki
rowerowe - nadawały
się do wytwarzania tzw. "parówek". Wentyl napełniało się pod ciśnieniem
wodą (za pomocą wykonanej z papieru redukcji do wylewki kranu) i tak
przygotowany rekwizyt wypuszczało się na wolność. Fruwał podobnie jak balon z
uchodzącym powietrzem, ale dodatkowo sikał wodą. Skręcano też wentyl z wodą
w kiełbaski i wypuszczano taki... na wolność.
Żelaźniaki -
zwane tez "resorowcami" to małe modele samochodów wykonane z żeliwnych
odlewów. Najbardziej cenione żelażniaki pochodziły z Angielskiej firmy
Matchbox. Modele które najlepiej
podskakiwały były wystawiane do walki na torach Matchboxa lub naturalnych, wydrążonych
w pochyłościach terenu. Były też wyścigi na osiagnięcie jak najdalszych dystansów
na korytarzu szkolnym.

 Model
Fiata 125p w barwach "yellow-bahama"
Pistolety
na Szturmówki -
siejące zgrozę i zniszczenie machiny wykonane z
dwóch drewnianych spinaczy do bielizny, spiętych
sprężyną. Wkładało się zapałkę i odbezpieczało.
Zapałka prześlizgiwała się po drasce i zapalała.
Strzelało się takim koltem nawet na kilka metrów.

Rurki
z 'INTRACO' - Po ten sprzęt robiło się specjalne
wyprawy na budowę szwedzkiej firmy budowlanej BPA
Byggproduktion AB. ze Sztokholmu, na miejsce przyszłego
wieżowca INTRACO zwanego "Żyletka", przy ul. Stawki (lata 1973-75).
Rurki wykorzystywano do montarzu przewodów elektrycznych,
nam służyły do super strzelania. Nabojami były jarzębina,
groch, ryż dmuchany itp. Rurki 'strzelały' na bardzo
duże odległości, nawet do 30 m. Rozgrywane były zawody
w strzelaniu do celu... a jak pięknie wyglądała
później ściana!
Zabawy
Bitwa na splówki - splówka była bez wątpienia najistotniejszym elementem wyposażenia
szkolno - podwórkowego. Poza dywersyjnymi atakami w pojedynkę, organizowano też
zbiorowe bitwy na splówki. Proste zasady: wygrywa ten kto komu więcej napluje.
Najbardziej cenione były celne, snajperskie strzały z plasteliny po uszach. Snajper musiał
posiadać długą, najlepiej szklaną lub metalową rurkę. Posiadacze rurek z czeskich ołówków
wykonywali szarże plując na oślep ryżem.
Berek - zabawa biegana, polegająca na schwytaniu przez oznaczonego
szarfą "Berka" innego uczestnika zabawy.
Gdy uda mu się kogoś dotknąć, wówczas dotknięty
staje się berkiem, zakłada szarfę i stara się dotknąć
kogoś innego niż ostatni berek. Była też wersja
berka z przysiadaniem. Osoby, której kucnęła
nie można było chwytać.
Chłopek -
gra "dziewczyńska" polegająca na skakaniu po narysowanym na asfalcie
"chłopku" i zaliczaniu kolejnych etapów. Dodatkowo trzeba było celnie
rzucać drobnym kamyczkiem w odpowiednie pola "chłopka".
Charakterystyczny obrót w podskoku na głowie biedaka był jedną z trudniejszych
ewolucji. gry była
gra w klasy -
polegająca na skakaniu po wyrysowanych na asfalcie polach.
Chodzenie po
płocie - Sport ekstremalny polegający
na tym, żeby przejść cały parkan - ogrodzenie nie
spadając na ziemię. "... pamiętam jak łaziliśmy
po parkanie przedszkola na Niskiej i czasami naszej
szkoły. Chodziliśmy po górnej części
parkanu, tak jak po linie...". Super sport
z emocjami! [dodał: Robert T.]
Chowanego
- zabawa polegająca na chowaniu się uczestników
zabawy przed jednym uczestnikem, który
miał za zadanie znaleźć ukrytych. Szukający wypowiadał
regułkę "pałka, zapałka dwa kije, kto się nie
schowa ten kryje..." po czym rozpoczynał szukanie.
Cymbergaj -
za pomocą grzebienia i monet rozgrywało się mecze piłkarskie. Ławka wytyczała
rozmiary boiska. Należało tak popychać grzebieniemmonetę-piłkarza, aby ta
popchnęła monetę-piłkę w kierunku bramki.
Czarna Wołga
- prawdziwy horror wszystkich dzieci. Opowieści
o tym, jak po miastach i miasteczkach krąży tajemnicza
Czarna Wołga i porywa dzieciaki w nieznanym kierunku,
mroziła krew w żyłach. Rodzice straszyli nią dzieci,
a one same przechwalały sie rówieśnikom,
że właśnie dzisiaj widziały czarne auto, ale zdążyły
uciec.
Czterej Pancerni
i pies - Janek, Gustlik, Grigorij, Tomek i Szarik
dla dzieci byli niczym mega boysband dla współczesnych
nastolatek. Zabawa w czterech pancernych była jazdą
obowiązkową na każdym polskim podwórku. Każdy
chciał być Jankiem czy Grigorijem. Nie było zbyt
wielu chętnych do roli Szarika, ale udział w zabawie
był na tyle atrakcyjny, że i te rolę w końcu obsadzono.
Gęsiówa
- boisko do gry w piłkę nożną położone przy ul.
Karmelickiej, na przeciw Pomnika Bohaterów
Getta. Miejsce wielkich meczy międzyszkolnych i
często wielkiego błota... jedyne boisko z dużymi
bramkami w okolicy.
Glinki
- boisko do gry w piłkę nożną położone przy ul.
Miłej i ul. Marchlewskiego. Mniejsze od Gęsiówy.
W stronę ul. Karmelickiej duży skwer z kołem bieżni
i umieszczonym wewnątrz koła wielkim głazem.
Miejsce spotkań klasy po lekcjach, miejsce odpoczynku
i ...ciężkich bitew podczas zimy...
Godzilla
- japoński potwór i jednocześnie przebój
kinowy z gatunku science-fiction. Na takich filmach
jak "Godzilla kontra Hedora" dziatwa szkolna
wstrzymywała oddech. Efekty specjalne były jak na
tamte czasy wprost piorunujące. Brrrrrr!
Guma - gra
polegająca na wykonywaniu przez zawodniczki (czasem zawodników), obowiązkowych
akrobacji,aż do tzw. "skuchy". Układy wykonywano skacząc
po gumie, rozciągniętej pomiędzy dwiema zawodniczkami lub krzesłami itp. Gumę
wykonywało się z białej gumy gaciowej szerokości 0.5 cm. Długość gumy to
zazwyczaj 4 do 6 m przed związaniem. Skoki wykonywano na kilku podstawowych
wysokościach. Były to: kostki, łydki, kolanka, uda, półdupki, pas i
ekstremalnie, paszki. Notowano też próby zaliczania układu na wysokości
"szyjka" , ale najczęściej bez sukcesów. Gra nacechowana dużym ładunkiem
emocjonalnym, wywoływała częste spory i kłótnie, najczęściej na tle różnic w
interpretacji poprawności skoku.
Inteligencja -
jedyna gra dydaktyczna, która przyjęła się bez ingerencji i przymusu dorosłych.
Na wybraną losowo literę należało wypisać na kartce nazwy państw, miast, rzek,
zwierząt , samochodów, imion itp. Ciekawy był sposób wyboru litery. W myślach
przepowiadało się alfabet aż do momentu gdy jeden z graczy mówił
"STOP". Zastopowana maszyna losująca ujawniała na jaką literę piszemy
hasła i gra ruszała. Kto pierwszy skończył pisać mówił "stop" i
sprawdzał co się w tym czasie udało wypocić przeciwnikom. Po zliczeniu punktów,
literę losowała następna osoba. Gra wysoce edukacyjna, pozwalała po pewnym
czasie opanować pamięciowo całkiem spory materiał.
Kapitan Żbik
- kolejny heros w stajni PRL-owskich bohaterów.
Kapitan Milicji Obywatelskiej ścigał przestępców
niczym amerykański Brudny Harry i nikt nie mógł
mu zwiać. Był na tyle popularny, że trafił nawet
do komiksu. Każdy wtedy zbierał "Żbiki"... ;)
Kapsle -
kultowa gra podwórkowa, w szczytowym okresie sukcesów polskich kolarzy , osiągająca
znamiona epidemii. Poprzez "pstrykanie" kapsli po specjalnej trasie,
rozgrywano "Wyścigi pokoju". Trasę rysowało się cegłą na asfalcie.
Istotne elementy trasy to: premie, mostki (należało je przeskoczyć) i oczywiście
stadion. Niektóre trasy były tak długie, że rozegranie wyścigu trwało cały dzień.
Dobry gracz posiadał całe drużyny kolarskie, charakteryzujące się różnymi
parametrami. Najczęściej kapsle wypełniało się plasteliną lub parafiną. Czasami
można było spotkać kapsle wypełnione ołowiem.Kapsle dekorowało
się flagami państw (wyciętymi z ćwiczeń do geografii) i wykańczało przeźroczystą
folią. Reguły gry były proste. W kolejności w jakiej kapsle ustawione były na
trasie , każdy uczestnik "pstrykał" trzy razy swój kapsel tak by nie
opuścił toru a jednocześnie zawędrował jak najdalej po krętej trasie. Nie
dozwolone były "ścinki", dopuszczało się natomiast
"traktorki" czyli przetoczenie się kapsla na "ząbkach" i
czasami "baryłki" lub "beczułki" czyli "ścinka" w
powietrzu z lądowaniem na trasie. Jeśli grało się na "ząbki", to
zaliczało się utrzymanie kapsla na trasie jeśli po postawieniu go na bocznej
krawędzi, dotykał trasy ząbkami. Kolana po grze były zawsze regulaminowo poobcierane.
Kopeć -
urocza rozrywka polegająca na wytworzeniu jak największej ilości dymu, za pomocą
piłeczki pingpongowej lub celuloidowej linijki itp. Należało jeden z tych
przedmiotów połamać, włożyć do pudełka po zapałkach, podpalić a następnie
zdusić ogień poprzez zamknięcie pudełka. Dodawano różnego typu dodatki
np cukier, saletrę itp. Dalej to już tylko fantazja podpowiadała
jak w rozsądny sposób spożytkować takiego kopcia.
Ligawa -
jedna z nie wielu rozrywek zimowych. Ligawa (czyli ślizgawka) powstawała
poprzez uporczywe wyślizgiwanie butami pewnego odcinka zamarzniętego czy zaśnieżonego
podłoża. Po pewnym czasie powstawała piękna, lśniąca, mierząca czasem do 20m.,
ligawa. Teraz należało wziąść solidny rozpęd i rozkoszować się wspaniałym lotem.
Jeśli byliśmy szczęśliwymi posiadaczami śliskich butów, to długimi ślizgami
przyczynialiśmy się do dalszego wydłużania ligawy. Ligawy takie robiliśmy też
na górce przy Gęsiówie lub w parku
Krasińskiego.
Muka - w
pewnym okresie, można było zaobserwować bardzo dziwne zachowania, wśród pewnej
części młodzieży. Związane one były z tajemniczą zabawą o nazwie
"muka". Jak byście zareagowali gdyby dziś nagle podszedł do was ktoś
i zupełnie niespodziewanie wykonał markowany cios w okolice podbrzusza jednocześnie
krzycząc "MUKA"?!!! Dodam tylko, że dawniej było to zachowanie
najzupełniej normalne i dość powszechne. Na wypadek gdyby coś takiego komuś się
przytrafiło podpowiadam: nie należy się uchylać. Wykonanie uniku wywoła co
prawda radość u wykonującego "mukę" , niestety nas postawi w
niekorzystnym świetle i pozwoli napastnikowi na dodanie słowa "była",
co zresztą będzie jak najbardziej uzasadnione. Jeśli zdarzy się, że ktoś
dmuchnie nam w oczy, dodając słowo "parolek", to konsekwencje bojaźliwego
mrugnięcia oczami mogą być poważniejsze. Możemy spodziewać się wypłacenia tzw.
"parolka", czyli klepnięcia w czoło. Najczęściej wcześniej dokonamy
wyboru czy ma to być "parolek" z przystawką czy bez. Wyposażeni w tą
podstawową wiedzę, nie dajmy się zaskoczyć. Na najbliższym spacerze z rodziną
sami przećwiczcie "mukę" na pierwszym napotkanym przechodniu. I nie
zapomnijcie na koniec dodać: "BYŁA". I jeszcze jeden ważny szczegół.
Podczas wypowiadania słowa "była", należy trącić naszą ofiarę w ramię.
Na tej fali powstały też inne odmiany muki np 'marynarz
- czemu się zginasz' itp.
Strzelanie ze śrub i puszek - szalenie efektowna rozrywka, obarczona jednak
sporym ryzykiem. Do kanonów
pirotechnicznych działań należało strzelanie z puszek wypełnionych karbidem,
"bączki" z zakrętek po wódce wypełnione saletrą, strzelanie ze śrub i
kluczy na bazie siarki z zapałek lub kapiszonów, wszelkiego rodzaju "wulkany" i
"kopcie". Okres szczególnego nasilenia działań pirotechnicznych,
przypadał na wczesną wiosnę wraz z pojawianiem się pod kościołami straganów z
kapiszonami i korkami, osiągając swój szczyt w okresie Wielkanocnym
(rezurekcje).
Trzepak - to
bez wątpienia najważniejsze miejsce na podwórku. Prawie zawsze ktoś na nim wisiał. Widok grupek dzieciaków porozwieszanych na trzepaku w
najdziwniejszych pozach, a przy tym prowadzących całkiem zwyczajne rozmowy, był
jak najbardziej naturalny i nikogo nie dziwił. Typowe zwisy to: zwis głową w dół
przez zaczepienie się kolanami na dolnej lub górnej poprzeczce, zwis typu
"leniwiec" przez podwieszenie się pod poprzeczką jednocześnie rękami
i nogami. Trzepak spełniał również wiele innych funkcji. Czasami był bramką,
innym razem siatką do gry w siatkówkę, często miejscem do
"zaklepywania" w grze w chowanego.Próby odwrócenia uwagi dziatwy od trzepaka, przez
instalowanie na podwórkach przeróżnych karuzel, globusów czy drabinek, poniosły
całkowite fiasko. Prędzej czy później, magiczne działanie trzepaka robiło
swoje, gromadząc wokół siebie kwiat podwórkowej młodzieży.

Trzepak
ekstremalny - odmiana ekstremalna i super
niebezpieczna, na metalowej poprzecce bramki.
Sport ten, być może najbardziej lokalny, bo znany
tylko w naszej podstawówce, polegał na walkach dwóch
zawieszonych na poprzecce kolesi. Wygrywał ten kto
pierwszy zepchnął przeciwnika na ziemię. Sam kiedyś
'zaliczyłem glebę', później chodziłem sztywny
z obitą kością ogonową przez kilka tygodni.
W szkole były organizowane całe zawody, prawie na
każdej przerwie. Asekuracji udzielał, jak chciał,
któryś z kibiców.
Widoczki (sekrety) - tajemnicza rozrywka dziewczyn, polegająca na zagrzebywaniu w ziemi
tak zwanych sekretów lub widoczków. W wygrzebanym dołku należało ułożyć
efektowną kompozycję z listków, kwiatuszków, papierków po cukierkach i innych
znalezionych na podwórku przedmiotów. Wszystko przykrywało się szkiełkiem i
zasypywało ziemią. Następnie powolutku, wiercąc patykiem w ziemi, odsłaniało się
kawałek po kawałku ukryte arcydzieło. Największym zagrożeniem dla widoczków
byli "chłopacy". Wypatrywali z ukrycia miejsca widoczków i gdy właścicielka
dzieła oddaliła się na chwilę, wprowadzali w kompozycjach radykalne zmiany.
Zośka -
podbijanie nogą guzika ze specjalnie zawiązanymwłosiem z włóczki. Im dłużej tym lepiej. Do
podbijania używało się wielu technik nożnych. Można było grać w kółeczku, w
parach lub indywidualnie.
[na podstawie własnych obserwacji oraz książki: R.
Trześniowski " Gry i zabawy ruchowe" wyd.1989r.]
"Dziwne
budowle" - były przedmiotem niezwykłych
wypraw. Były to podobno wywietrzniki podziemnych
schronów, taką oficjalną interpretację tych
dziwnych budowli, rozsianych po całym Muanowie,
otrzymaliśmy od gospodarza blokowego. Wielu
próbowało się tam dostać, lecz nikomu nie
udało się sforsować metalowych klap-drzwi wewnątrz
tej budowli...

Hobby
PRL-owskie zamiłowania hobbistyczne, to jedno z bardziej fascynujących zagadnień
minionego okresu. Hobby tamtych lat, to głównie wszelkie zbieractwo. Bardzo
modne było zbieranie prospektów zachodnich firm. Nie miało znaczenia
czego one dotyczą, miały być kolorowe i pochodzić z zachodu. Częste więc były
wyprawy do zagranicznych przedstawicielstw lotniczych, gdzie leżały kolorowe
prospekty. Jednak zbyt powszechne zainteresowanie polskiej młodzieży, działalnością
zagranicznych firm spowodowało zaniechanie wykładania prospektów w dostępnych
miejscach. To dało początek nowej pasji: adresy. Zdobywało się adresy
zagranicznych firm i wysyłało się prośbę o przysłanie folderów reklamowych, z
uwagi na nasze szalone zainteresowanie działalnością firmy. Inną pasją było zbieranie opakowań po zagranicznych słodyczach. Podobnie
jak przy "historyjkach" z Donaldów, przeglądaniu zbiorów towarzyszyło
wywąchiwanie zapachów z eksponatów. Zbierano również :
nalepki, etykiety zapałczane, papierowe serwetki, pocztówki, zdjęcia aktorów (w
tym radzieckich), żelaźniaki, Małe Modelarze, modele plastikowe do sklejania, małe
plastikowe zwierzaczki,
breloczki, klipsy, proporczyki, znaczki okolicznościowe (wpinane w klapę) i znaczki
pocztowe i inne gadżety. Kolejnym hobby było spisywanie samochodów,
oczywiście zagranicznych, do wcześniej przygotowanych
notatników. Jeździło się na łowy pod Hotel
Bristol, Europejski, Forum i inne. Kolejnym hobby
cieszyły się okazy muszelek, kamieni, suszonych
części roślin itd.
Pieniądze
- wiadomo było ich bardzo mało, a nominały miały
coraz wieksze... przechowywano je w kasach pancernych
ze skomplikowanym kodem dostępu...
Fast-food
Donald –
(guma do żucia, balonówa) produkt dostępny wyłącznie u „prywaciarzy” czyli
we wszelkiego rodzaju budkach warzywnych i bazarach, ewentualnie w Pewexach.
Pakowana w kolorowe błyszczące papierki z wizerunkiem Kaczora Donalda i co
najważniejsze dołączona była do niej historyjka obrazkowa z postaciami Disneya.
Historyjki zbierało się, i wymieniało między sobą , a charakterystyczny zapach
gumy długo przywoływał przyjemne wspomnienia. Często, gdy guma już traciła
smak, nie była wyrzucana tylko zasilana kolejną. Normy przewidywały jednoczesne
żucie do czterech gum. Alternatywnie żuło się gumy-kulki sprzedawane w długich
foliowanych opakowaniach (jakby na metry). Sprzedawca odcinał żądaną ilość gum.
Do gum dołączano też tuszowane papierki służące do odbijania obrazków
na skórze - swoisty prekursor tatuarzy.

Irysy – małe
krówkopodobne cukierki zawijane w papierki, wykonane z masy podobnej do „krówek”
tylko twardsze. O ile nie leżały zbyt długo gdzieś w magazynach, to bardzo ładnie
się żuły i zyskiwały miano „mordoklejek”, przestarzałe były kruche i nie miały
już takiej wartości. Konkurowały z nimi "toffi” oraz tradycyjne
Krówki.
Lody Bambino
- lody śmietankowe, które o dziwo rzeczywiście
smakowały jak śmietankowe. Pyszne. Na patyku. Wszyscy
plażowicze nad Wisłą, w cyrku, piknikach, pochodach zajadali
je ze smakiem, a roznosili je tacy panowie ubrani
na biało z ogromnymi skrzyniami na ramionach. Super
Hit.
Ryż dmuchany –
sprzedawany w foliowych podłużnych torbach. Zjadany garściami. Stanowił często
amunicję do spluwek.
Pastylki pudrowe – czyli namiastka oranżady w proszku w formie dropsa zaprawionego
magnezową masą tabletkową o mdłym kolorze białym,
różowym lub żółtawym. Rekordziści
potrafili zjeść jednorazowo 0.5kg tego przysmaku. Piekł po nich język.
Oranżada
– (Szampanka) przez długi czas jedyny napój gazowany. Napój kultowy.
Etykieta pomarańczowa lub
żółta z kieliszkiem szampana tryskającym bąbelkami. Smak rozpuszczonych
landrynek, bardzo słodka. Sprzedawana w „oranżadówkach”, czyli smukłych
butelkach z charakterystycznym zamknięciem - ceramicznym korkiem na drucie. Często dla „szpanu” otwierana z
„karata”.

Oranżada
w proszku – produkt
zakupywany przez dziatwę szkolną przy każdej wizycie w sklepie. Nie wielu
jednak poznało smak tej oranżady w docelowej, płynnej formie. Spożywana głównie
na sucho za pomocą palca wskazującego. Amatorów tego przysmaku można było
rozpoznać po zabarwionych na pomarańczowo palcach. Czasem żuta wraz z
opakowaniem aż do wyssania zawartości.
Polo-cockta –
brązowy napój próbujący przełamać monopol coca-coli. Pomimo wielkiego zaangażowania
polskich chemików nie udało się uzyskać zadawalających efektów. Napój
przypominał w smaku skwaśniałą kawę zbożową wymieszaną ze słodzikiem. Straszny
syf.

Syfon –
legendarne urządzenie do wody sodowej. Szklany pojemnik z grubego szkła zakończony
kranikiem i cynglem spustowym. Wspaniałe efekty dawało picie wody bezpośrednio
z kranika umieszczanego w ustach. Po zakupieniu syfonu w „warzywniaku”, to był
pierwszy test stanu nagazowania, często wykonywany jeszcze przy ladzie. Wysoce
frustrujący i bardzo charakterystyczny był dźwięk kończącego się syfonu. Wtedy
można było jeszcze opisanym wyżej sposobem bezpośrednim, napompować się
resztkami gazu, co wielu czyniło z upodobaniem. Potem pojawiły się metalowe
syfony importowane z Węgier, do samodzielnego nabijania. Metalowe naboje kupowało
się na wymianę za zużyte, w budkach warzywnych, pakowane w kartonowe pudełka po
10 sztuk. Proces nabijania syfonu obarczony był wielkim ryzykiem i przysługiwał
tylko osobą najbardziej odważnym i odpowiedzialnym.
 Kultowy
saturator z sodową i soczkiem na Pl. Dzierżyńskiego
Kranówka
- najlepszy płyn do picia, wiadomo... prosto z
kranu.
Pety
szpanerskie z gazety - skręty musowo wykonane
z Trybuny Ludu lub Expresiaka. Pykało się takie
cygara, szpan murowany.
|